PISANIE PRAC

Piszemy prace na zamówienie. Każda z prac przygotowywana jest indywidualnie na zamówienia dla klienta. Nasz kadra zmierzy się z każdym polonistycznym tematem. Więcej informacji:

INFO

ŚCIĄGI WYDRUKOWANE

Opracowaliśmy unikalne zestawy ściąg. Są to gotowe, wydrukowane komplety ściąg, które zostały przygotowane na bieżącą maturę. Więcej informacji o ściągach:

MATURA CD

Dzięki naszej płycie bez problemu przygotujesz się do matury. Na CD umieściliśmy gotowe wypracowania, opracowania, powtórki epok oraz wiele dodatków i bonusów, które pomogą Ci przygotować się do matury. Więcej informacji na temat wypracowań:

INFORMATOR

Strona główna » Matura cd » Ściągi z polskiego wypracowania z polskiego » Wypracowania z polskiego - spis  »  

>>>Kup "matura cd" !!!<<<

 

Wypracowanie to zostało zamieszczone automatycznie poprzez przekonwertowanie plików DOC na TXT. Skutkiem czego niektóre wypracowania są zamieszczone w nieestetyczny sposób za co bardzo przepraszamy wiąże się to z brakiem tabel i formatowania tekstu w plikach txt jak to ma miejsce w oryginalnych plikach doc zamieszczonych na płycie. Zamieszczone wypracowanie jest jedynie elementem informacyjnym i potwierdzającym wielkość naszego zbioru.


Poniżej przedstawione jest jedynie początkowa część wypracowania
znajdującego się na matura cd.
Oczywiście nie przedstawiamy całości
w celu zabezpieczenia się przed kopiowaniem.



Na ambonie i każdemu z osobna to mówię, ale wy jak te psy tylko nastajecie jeden na drugiego, tylko... - wiatr resztę słów wepchnął mu do gardła, że ksiądz się srodze zakasłał, a Antek nic nie rzekł, szedł w podle i wypatrywał w mrokach, pomiędzy drzewami. Wiatr się podnosił coraz mocniejszy, przewalał się po drodze i tak bił w topole, i miotał nimi, aż się przyginały z jękiem i szumiały rozsrożone. - A mówiłem jusze - zaczął znowu ksiądz - żeby sam kobyłę zaprowadził do stawu, to ją naprzód wypuścił no, i zapodziała się... Ślepa przecież, zalezie gdzie między płoty i jeszcze nogi połamie! - Biadał i bardzo troskliwie szukał, zaglądał za drzewo każde, wypatrywał po polach. - Przeciech zawżdy sama chodziła...- Zna dobrze drogę do stawu... przecież, nalał kto bądź wody do beczki, wykręcił tylko, a ona już sama trafiła na plebanię... - Ale w dzień ją zaprzęgali... a dzisiaj Magda czy Walek puścili ją już o zmierzehu... Walek! - krzyknął głośno, bo cień jakiś zamajaczył wśród topoli... - Walka widziałem po naszej stronie, ale jeszcze przed zmrokiem. - Polazł ją szukać, rychło w czas. Klacz ma ze dwadzieścia roków, przy mnie się ulęgła... wysłużyła sobie łaskawy chleb... a przywiązana jak człowiek... Mój Boże, żeby się jej co złego nie stało! - Co jej ta będzie! - mruknął Antek ze złością, bo jakże, poszedł do dobrodzieja po radę, po użalenie się, to go ino skrzyczał i jeszcze zabrał, żeby kobyły szukać! Juści, i kobyły szkoda, choć ta i ślepa, i stara, ale zawżdy człowiekowi powinna być pierwszyzna! - A ty się opamiętaj i nie pomstuj, boć to ojciec rodzony ! Słyszysz ! - Dobrze pamiętam! - odparł ze złością. - Grzech śmiertelny i obraza boska. A nic ten dobrego nie zwojuje sobie, któren w zapamiętałości rękę podnosi na ojców i przeciwi się przykazaniom Bożym. Masz rozum, toś o tym wiedzieć powinien. - Sprawiedliwości chcę ino. - A pomsty szukasz, co? Antek nie wiedział, co rzec na to. - A i to ci jeszcze powiem, że pokorne cielę dwie matki ssie. - Wszyscy mi to powiedają... juści, ino tej pokorności mam już po grdykę, że więcej nie ścierpię! Choćby i zbój, choćby i ukrzywdziciel, ale że ojciec rodzony, to już mu wolno wszystko, a dzieciom nie wolno dochodzić swojej krzywdy! Laboga, takie urządzenie na świecie, że ino plunąć a iść, gdzie oczy poniesą... - A idź, któż cię trzyma? - rzucił porywczo ksiądz. - Może i pójdę, bo co mi tutaj robić, co? - szeptał ciszej, łzawo jakoś. - Bajesz i tyle. Drudzy i jednego zagona nie mają, a siedzą, pracują i jeszcze Panu Bogu dziękują. Wziąłbyś się do roboty, a nie wyrzekał jak baba. Zdrowy jesteś, mocny, masz o co ręce zaczepić... - Przeciech, całe trzy morgi! - rzucił urągliwie. - Żonę i dzieci masz, toś o tym pamiętać powinien. - Baczę ja dobrze, baczę... - mruknął przez zęby. Wyszli przed karczmę, świeciło się w oknach i jakieś głosy wydzierały się aż na drogę. - Co to, znowu pijatyka, co? - Rekruty, te, co ich do wojska latoś wzieni, piją se la uciechy... W niedzielę ich pognają w tylachny świat, to się cieszą.:. - Karczma prawie pełna! - szepnął ksiądz przystając przy topoli, skąd było dobrze widać przez okno całe wnętrze zapchane ludźmi: - Bo się zejść miały dzisiaj i uredzić... względem tego lasu, co go dziedzic sprzedał Żydom na porębę... - Przecież niecały sprzedał, jeszcze tyle zostało! - Póki z nami się nie ugodzi, to ani chojaka ruszyć nie damy ! . - Jak to?... - zapytał wystraszonym nieco głosem. - A nie damy i tyla! Ociec chce się prawować, ale Kłąb i te, co z nim trzymają, powiedają, że sądu nie chcą, a rąbać nie pozwolą i choćby całą wsią iść przyszło, to pójdą, a i z siekierami, i z widłami, jak wypadnie, a swojego nie dadzą... - Jezus Maria! To by się bez bitki i jakiego nieszczęścia nie obyło ! - Pewnie! Jak się parę łbów dworskich siekierami rozwali, to zaraz będzie sprawiedliwość! - Antek! Rozum ci się ze złości pomieszał czy co? Głupstwa pleciesz, mój drogi! Ale Antek już nie słuchał, rzucił się nieco w bok i zginął w ciemnościach, a ksiądz poszedł spiesznie ku plebanii, bo usłyszał turkot kół i ciche, żałosne rżenie kobyły... Antek zaś poszedł w dół wsi, ku młynowi, a drugą stroną stawu, żeby nie przechodzić koło chałupy Jagny. Jak zadra tkwiła mu ona pod sercem, jak zła zadra, że jej nie wyciągnąć ni uciec od niej. A bystre światło biło z jej chałupy, jasne i wesołe jakieś... przystanął, aby spojrzeć ino ten jeden razik, aby choć zakłąć ze złości - ale go wnet cosik poderwało z miejsca, że pognał jako ten wicher, ni się obejrzał za się. - Ojcowa ona już, ojcowa! Do szwagra bieżał, do kowala - rady i on nijakiej nie da, ale między ludźmi nieco posiedzi, a nie tam, w chałupie ojcowej...Albo i ten ksiądz! Do roboty go będzie zaganiał! Hale, sam nic nie robi, frasunku nijakiego ni turbacji żadnej nie ma, to łatwo mu drugich poganiać. Kobietę mu wypomniał i dzieci... baczy on ją dobrze, baczy! Już mu dość obmierzły jej płakania i ta jej pokorność, i te jej psie, skamlące oczy... i gdyby nie ona!... Żeby to byt sam! Jezus mój! - jęknął ciężko i porwał go dziki, szalony gniew, że chciało mu się chycić kogo za gardziel, dusić, rozdzierać i bić aż do śmierci!... Ale kogo?... Nie, nie wiedział, i złość ustąpiła nagle, jak była przyszła, a on patrzył pustym wzrokiem w noc i nasłuchiwał szamotań wichury, co się przewalała po sadach i tak ciepała drzewami, aż kładły się na płoty i chlastały go gałęziami po twarzy... i wlókł się wolno, ociężale, że ledwie się mógł poruszać, bo na duszę jęły mu się zwalać zmory smutku, umęczenia, niemocy, iż rychło zapomniał, gdzie idzie i z czym?.. - Ojcowa jest Jagna, ojcowa! - przerzekał raz po raz a coraz ciszej - jako ten pacierz, bych go nie zapomnąć. W kuźni czerwono było od ogniska, chłopak dymał miechem zapamiętale, aż rozżarzone węgle warczały i buchały krwawym płomieniem; kowal stał przy kowadle, czapkę miał na tyle głowy, ręce nagie, skórzany fartuch, twarz usmoloną tak, że mu ino oczy świeciły się jako te wągliki, a kuł żelazo czerwone mocno, aż huczało, i deszcz iskier rozpryskiwał się spod młota i z sykiem topił się w błotnistej ziemi. - A co? - zapytał po chwili. - I... cóż by zaś! - odparł cicho Antek, wsparł się o wasąg, których kilka stało do okucia, i zapatrzył się w ogień. Kowal pracował tęgo, nagrzewał żelazo raz po raz i kuł, dzwonił do taktu młotem, to pomagał chłopakowi dymać miechem, gdy mocniejszego ognia było potrzeba, a ukradkiem poglądał na Antka i uśmiech złośliwy wił mu się pod rudymi wąsami. - Byłeś pono u dobrodzieja? No i co? - A cóż by, nic! W kościele bym to samo usłyszał. - A chciałeś co innego? - zaśmiał się ironicznie. - Ksiądz przecie, uczony... - mówił usprawiedliwiająco Antek. - Uczony, jak wziąć trzeba, ale nie, kiej co dać komu... Ale Antkowi już się odechciało sprzeciwiać. - Pójdę do izby - rzekł po chwili: - Idź, wójt wstąpi do mnie, to tam przyjdziemy! A machorka jest na szafce, zapal se... Nie słyszał nawet, tylko wszedł do mieszkania, co po drugiej stronie drogi było. Siostra rozpalała ogień, a najstarszy chłopak uczył się na elementarzu przy stole... Przywitali się w milczeniu. - Uczy się to? - zauważył, bo chłopak sylabizował głośno i wodził zastruganym patykiem po literach. - Już od kopania panienka z młyna mu pokazują, bo mój czasu nie ma. - Roch też uczy już od wczoraj w ojcowej izbie. - Chciałam i ja tam słać Jaśka, ale mój nie da, że to u ojca i że panienka więcej uczona, bo w szkołach była we Warszawie... - Pewnie, pewnie... - powiedział, byle coś rzec. - A Jasiek taki zmyślny do lementarza, aż się panienka dziwuje. - Jakże... kowalowe nasienie przecież... syn takiego mądrali... - Przekpiwasz się, a on najlepiej powiada, że póki ociec żyją, to zawżdy zapis mogą odebrać... - Juści, wyrwij wilkowi z gardła, wyrwij! Sześć morgów grontu! To my u niego z kobietą za parobków prawie służym, a on obcej zapisuje, leda komu... - Kłócił się będziesz a pomstował, a rady u ludzi szukał, a prawował - to cię jeszcze z chałupy wygoni...mówiła cicho oglądając się na drzwi. - Kto to powiedział? - zawołał głośno zrywając się ze stołka. - Cichoj ino... tak ludzie mówią, cichoj!... - szeptała lękliwie. - Nie ustąpię, niech mę przez moc wyciepnie, do sądu pójdę, prawował się będę, a nie ustąpię! - krzyczał prawie. - I głową muru nie przebijesz, choćbyś i trykał jak ten baran! - powiedział kowal wchodząc do izby. - To co zrobić? Mądre rady masz la ludzi, to poradź... - Złością ze starym nie wygra! Zapalił fajkę i jął mu przekładać, tłumaczyć, łagodzić i tak kręcić, aż się Antek poznał i krzyknął: - Ty z nim trzymasz!, - Za sprawiedliwością jestem. - Dobrze ci za nią zapłacił? - Jeśli zapłacił, to nie z twojej kieszeni. - A z mojej, psiachmać, z mojej! Dobrodziej jucha z cudzego. Dosyć już wziąłeś, to ci nie pilno. - Tylem wziął, co i ty! - Hale, tyle... a statki, a szmaty, a krowę, a ileś wycyganił od ojca? Bacze dobrze i te gąski, te prosiaki i kto tam zliczy! A ciołek, co ci go dał niedawno, to nic? - Mogłeś i ty brać. - Złodziej nie jestem ni ten cygan! - A ja złodziejem jestem, ja?... Przyskoczyli do siebie, gotowi się chycić za orzydla, ale opadli wnet, bo Antek rzekł ciszej: - Nie mówię tego do ciebie... Ale swojego nie dam, choćbym miał skapieć... - I... nie tyla ci tam o ten grunt idzie, widzi mi się...rzucił drwiąco kowal. - Ino o co? - Latałeś za Jagną, to ci teraz i markotno. - Widziałeś?... - krzyknął ugodzony jakby w samo serce. - Są takie we wsi, co i widziały, a nie raz... - Żeby im pomroka padła na ślepie! - szepnął ciszej, bo właśnie wójt wchodził do izby i witał się ze wszystkimi; snadź wiedział, o co się kłócą, bo również jął bronić starego i usprawiedliwiać. - Dobrze was poił i wypasał kiełbasami, to i nie dziwota, że go bronicie... - Bele czego nie powiadaj, kiej wójt do cię mówi! krzyknął wyniośle. - Wasze wójtostwo stoi u mnie tyle, co ten patyk złamany... - Coś rzekł, co? - Słyszeliście! A nie, to rzeknę jeszcze takie słowo, aż wam w pięty pójdzie... - Rzeknij to słowo, rzeknij! - A rzeknę - oto pijanica jesteście i judasz, i przeniewierca! A rzeknę, że za gromadzkie pieniądze balujecie i dobrzeście za to wzięli od dworu, że dziedzic sprzedał nasz las!... A chcecie, to wam jeszcze co dołożę, ino że już tym kijaszkiem... - wołał zapalczywie porywając za kij. - Urzędnik jestem, miarkuj się, Antek, byś nie żałował. - A w mojej chałupie ludzi nie następuj, bo tu nie karczma! - krzyczał kowal zasłaniając sobą wójta, ale Antek już na nic nie zważał, bo obu zwymyślał jak psów, trzasnął drzwiami i wyszedł... Ulżyło mu rzetelnie; spokojniejszy wrócił do domu, ino tym jednym markotny, że niepotrzebnie pokłócił się ze szwagrem. - Teraz już wszyscy będą przeciwko mnie! - myślał nazajutrz rano przy śniadaniu i ze zdumieniem zobaczył kowala wchodzącego do izby. Przywitali się, jakby nigdy nic nie zaszło pomiędzy nimi A że Antek szedł do stodoły urznąć sieczki, kowal poszedł za nim, przysiadł się na snopkach zrzuconych ze sąsieka do omłotu i jął cicho mówić: - Na psa wszystkie kłótnie i o co jeszcze? O to głupie słowo! Tom pierwszy przyszedł do ciebie i pierwszy wyciągam rękę do zgody... Antek podał mu rękę, spojrzał podejrzliwie i mruknął: - Juści, że ino to słowo, bom złości do was nie miał Wójt mnie zeźlił, bo co się będzie ujmował, nie jego sprawa, to mu wara! - To samo mu rzekłem, bo chciał bieżyć za tobą... - Bić mnie... dałbym ja mu bitkę, jak jego pociotkowi, co jeszcze od żniw żebra se lekuje... - wykrzyknął i jął nakładać słomę do lady. - I tom mu przypomniał... - rzucił skromnie kowal i uśmiechnął się chytrze. - Jeszcze ja się z nim porachuję, popamięta mnie... figura jucha, urzędnik!... - Ryfa jest i tyla, poniechaj go. Umyśliłem cosik i z tym do ciebie przychodzę... Trza zrobić tak... Po południu przyjdzie tu moja, to razem z nią idźcie do starego rozmówić się dokumentnie... Na nic tam złości i żalenia się po kątach, trza w oczy stanąć i prosto powiedzieć, co się ma... Będzie dobrze abo i nie będzie, ale trza wszystko wyłożyć !... - Co tu wykładać, kiej zapis zrobił! - I złością z nim nie poredzi! Juści, że zapis zrobił, ale póki żyje, to zawdy go może odebrać - bacz to sobie i la tego nie potrza mu się przeciwić. Niech się żeni, niech ma swoją uciechę. Antek przybladł na to przypomnienie i drżeć począł w sobie, aż rznąć przestał. - Przeciw temu nie powstawaj w oczy, a przychwalaj i mów, że dobrze robi, i zapis, miał wolę, to zrobił... niech ino resztę nam przyobieca - tobie i mojej, a przy świadkach! - dodał chytrze. - A Józka i Grzela? - zapytał z niechęcią. - Spłaci się ich! Bo to Grzela mało wybrał? Ady prawie mu co miesiąc posyła do wojska. Mnie ino słuchaj, zrób, jak ci redzę, a nie stracisz. Moja w tym głowa, że już tak pokieruję, co wszystko będzie nasze... - Jeszcze baran żyje; a już kuśnierz kożuch na nim szyje... - Mnie słuchaj... Niech ino przyobieca przy świadkach, żeby ino było za co chycić pazurami... sąd jeszcze jest i sprawiedliwość, nie bój się. A jest już jedna zaczepka, boć został gront po twojej matce... - Wielka parada, cztery morgi - na mnie i na twoją... - Ale go nie dał tobie ni mojej! A tyle roków sieje i zbiera! Zapłaci wam dobrze za to i z procentami... Przywtórzę raz jeszcze, staremu się w niczym nie przeciw, przychwalaj, przygaduj, na wesele idź, dobrego słowa nie żałuj, a obaczysz, że go narychtujemy... A nie da się dobrocią, to sądy radę mu dadzą... Z Jagusią znacie się dobrze... to i ona mogłaby ci pomóc coś niecoś... jeno jej rzeknij o tym... ona jeszcze lepiej mogłaby starego na naszą stronę przechylić... no, zgoda?... Bo czas mi już iść... - Zgoda! Ino prędko idź, bym ci w pysk nie dał i za wrota nie wyciepnął! - szepnął przez zęby. - Co ty, Antek? Co ty? - bełkotał przestraszony, bo Antek puścił kosę i szedł ku niemu blady, ze strasznymi oczami. - Judasz ścierwa, złodziej! - wychlustywał ze siebie spienioną nienawiścią słowa, aż kowal porwał się i uciekł co tchu. - Rozum mu się psuje czy co? - myślał już na drodze. - Jakże, dobrą radę dałem... a ten?... Kiej taki głupi, to niech idzie na wyrobek, niech go stary wygoni, pomogę jeszcze do tego... a tak czy owak grontu nie popuszczę... Takiś to ty! W pysk chciałeś mi dać, za wrota wyciepnąć, żem się chciał z tobą podzielić... że kiej do brata przyszedłem z dobrym słowem! Takiś to ty! Aha, sam byś chcicał wszystko brać! Niedoczekanie twoje! Wyciągnąłeś ty ze mnie moje zamysły, to już cię, jucho, przyrychtuję, jaż cię frybra angielska potrzęsie! - Rozsrażał się coraz bardziej, bo go wściekłość porywała, że Antek przejrzał jego zamysły i gotów jeszcze wydać przed starym. Tego się najwięcej obawiał. - Trza temu zapobiec! - zdecydował natychmiast i mimo obawy przed Antkiem zawrócił z powrotem do Borynów. - Jest gospodarz? - zapytał Witka, któren wprost domu smagał kamieniami na gęsi, pływające po stawie. - Hale, jest tam! Poszli przecie do młynarzów zapraszać na wesele... - Wyjdę naprzeciw, niby to się spotkamy! - pomyślał i poszedł ku młynarzowi, ale po drodze wstąpił jeszcze do domu i przykazał żonie pięknie się przyodziać, dzieci zabrać i zaraz, jak przedzwonią południe, iść do Antków. - Już on ci powie, co robić!... Nic sama nie rób i nie miarkuj, boś głupia, a ino jak będzie potrza, to beknij, ojcowe nogi obłap i proś... a słuchaj dobrze, co ojciec powiedzą i co Antek przódzi mówił będzie... Z dobry pacierz ją nauczał, a przez okno patrzył, czy ich na moście nie widać. - Zajrzę do młyna, czy jagłę zrobili. - Dłużyło mu się w domu czekać. Ale szedł wolno, przystawał a medytował... - Juści, kto go ta wie, co zrobi? Sklął mnie, a gotów zrobić, com redził... to i lepiej, że kobieta przy tym będzie... a nie zrobi, pokłócą się... stary go wypędzi... Tak abo i nie, a zawsze się cosik udrze la siebie... - zaśmiał się radośnie, zatarł ręce, nacisnął kaszkiet i zapiął kapotę, bo wietrzno było i ziąb przejmujący szedł od stawu. - Przymrozek będzie albo i pluchy nowe - szepnął przystając na moście i spoglądając po niebie... Chmury gnały nisko, bure, ciężkie, jakby obłocone, niby stada niemytych baranów. Staw pomrukiwał głucho, a czasami chlustał wodą o brzegi, na których gdzieniegdzie wśród czarnych, pochylonych olch i wierzb rosochatych czerwieniły się kobiety pierące szmaty - kijanki trzaskały zajadle po obu brzegach. Na drogach pusto było, gęsi tylko całymi stadami babrały w stężałym błocie i po rowach, zarzuconych opadłymi liśćmi i śmieciami, i dzieci krzyczały przed domami. Koguty zaczęły piać po płotach, jakby na zmianę. - We młynie prędzej się ich doczekam! - szepnął i poszedł na dół. Antek zaś po odejściu kowala jął rznąć tak zajadle sieczkę, że całkiem się zatracił w tej robocie i do południa narznął tyle, aż Kuba, któren przyjechał z lasu, wykrzyknął - Na cały tydzień będzie tego, no - dziwował się talk głośno, aż Antek oprzytomniał, ladę rzucił, przeciągnął się i poszedł do chałupy. - Co będzie, to będzie, a trza mi się z ojcem rozmówić dzisiaj! - postanawiał... - Cygan on jest i judasz, ale może i dobrze redzi... Juści, musi on w tym co mieć...-Myślał o kowalu i zajrzał na drugą stronę, ojcową, i wnet się cofnął, bo tam siedziało ze dwadzieścioro dzieci i wszystkie razem a w głos sylabizowały... Roch je nauczał i pilnie baczył, by psich figlów nie stroiły... Chodził se dookoła nich z różańcem w ręku, nasłuchiwał, czasem które poprawił, czasem pociągnął za ucho, czasem pogłaskał, a często gęsto przysiadł i cierpliwie wykładał, jako tam stoi, i pytał, a dzieciska hurmem jedno przez drugie rwały się odpowiadać, jako te indory, kiej je kto podrażni... a tak głośno, że i po drugiej stronie słychać było... Hanka gotowała obiad i pogadywała z ojcem swoim, starym Bylicą, któren rzadko zachodził, że to schorowany był i ledwie się już ruchał. Siedział pod oknem, wsparty na Hankę spozierał... siwy był całkiem, wargi mu się trzęsły i głos miał słaby, jakby ptaszęcy, a w piersiach mu cięgiem rzęziało... - Jedliście śniadanie, co? - pytała cicho. - I... po prawdzie to Weronka zabaczyła mi dać... i nie upominałem się, nie... - Weronka psy nawet głodzi, bo tu nieraz do mnie podjeść przychodzą! - zawołała, bo i przy tym gniewała się ze starszą siostrą jeszcze od zeszłej zimy, że to tamta po śmierci matlki pobrała wszystko, co pozostało, i oddać nie chciała, to się i prawie nie widywały. - Bo się u nich nie przelewa, nie... - bronił cicho... Stach młóci u organisty, to i tam poje i jeszcze czterdzieści groszy za dzień bierze... a w chałupie tyla gąb... że i tych ziemniaków nie starczy... Prawda... że dwie krowy mają i mleko jest... że masło i sery do miasta nosi i ten grosz jaki zbierze...ale zabaczy często dac jeść nie dziwota ... dzieci tyla... a to i wełniaki ludziom tka... i przędzie, i haruje jak ten wół... a bo to dużo mi trza?... Żeby ino w porę... i co dnia... to... - A to się do nas przenieście na zwiesnę, kiej wam u tej suki tak źle... - Dyć się nie skarżę, nie narzekam, ino... ino... - głos mu się załamał nagle... - Popaślibyście gęsi, to dzieci przypilnowali... - Wszystko bym robił, Hanuś, wszystko - szeptał cichutko. - W izbie jest miejsce, to się łóżko wstawi, byście ciepło mieli... - A dyć i w oborze, i przy koniach spałbym, byle u ciebie, Hanuś. byle już nie wracać! Byle... - zachłysnął się aż tą prośbą błagalną i łzy jęły mu kapać z zapadłych, poczerwieniałych oczów... - Zabrała mi pierzynę, bo powiada, że dzieci nie mają pod czym...

 

>>>Kup "matura cd" !!!<<<

SZYBKA ŚCIĄGA








Lektury - spis. Jak pisać.

PRZYDATNE INFORMACJE

» bezpłatna powtórka przed maturą z WOS’u

» wiosenny semestr na Uniwersytecie

» internetowe warsztaty dla maturzystów

» salon edukacyjny Perspektywy 2011

» konkurs na najciekawszą trasę wycieczki

» weź udział w projekcie edukacyjnym

SZUKANE W PORTALU

» karta pracy tadeusz borowski odpowiedzi

» wiersz o roztargnionej królewnie

» czyje portrety znajdują się w gabinecie szymona gajowca

» spotkania z klasykami literatury wsip

» spotkania z klasykami literatury wsip

» życzenia urodzinowe w średniowiecznym stylu

więcej...

Ściągi, wypracowania, pisanie prac, prace na zamówienie, charakterystyki, prace przekrojowe, motywy literackie, opisy epok, ściągi i wypracowania z polskiego, historii, geogfafii, biologi, matura
www.e-buda.pl - ściągi i wypracowania

Copyright © 2011 e-buda.pl